Churros y chocolate, la combinación que nunca se debate
- Elena Blanco
- 26 lut
- 1 minut(y) czytania

Zamiast góry pączków zjadłabym sobie jutro churros. Ale takie porządne, nic co można by kupić gdzieś w Polsce, a i w Hiszpanii też nie tak łatwo.
Takie, jak te pierwsze, robione przez parę staruszków, gdzieś na Costa del Sol. Nie maszynowo z jakieś przemysłowej mieszanki, tylko z domowego ciasta, smażone na dużej, ale wciąż, zwykłej patelni. Nie cienkie, w gwiazdkę i pocięte na kawałeczki; tylko grube, puszyste, wyciskane ze szprycy w kształt ślimaka i tak zawijane w papier. Właściwie bardziej przypominały w smaku nasze pączki, niż jakiekolwiek, które jadałam później.
Wielokrotnie próbowałam odtworzyć ten smak w domu, ale mimo banalności ciasta i prostoty wykonania, nic z tego nie wyszło. A to za tłuste, za cienkie, za gliniaste, przypaliły się a nie usmażyły w środku, nie chciały się wycisnąć, za gęste, albo za rzadkie ciasto. Nic z tego. Nie umiem.
Szukałam też w lokalach różnego typu. Niektóre były nawet smaczne, ale żadne nie przypominały tamtych, chociaż większość jest po prostu niedobra. Te gumiaste patyki, które można kupić tu czy tam to nie churros, nie dajcie się oszukać. Ja, naiwnie, wciąż próbuję każdej wersji, którą gdziekolwiek wypatrzę, w poszukiwaniu idealnego smaku i sama wątpię czy ten ideał nie istnieje już tylko w mojej głowie.
Kommentare